poniedziałek, 2 grudnia 2013

Powiedz tylko słowo (Mt 8, 5-11)

      Żołnierz, okupant, człowiek w jakimś stopniu wykształcony, posiadający władzę, zwraca się o pomoc do Jezusa, według niektórych zwykłego nauczyciela, rabbiego, a nawet szarlatana.
 
     Poganin, traktowany przez Żydów z pogardą, dostrzega niezwykłość Jezusa. Zaczyna wierzyć, że spotkał kogoś wyjątkowego.

     Skąd ta wiara wypływa? Z dobrego serca. Setnik troszczy się o powierzonych sobie ludzi, nie tylko żołnierzy, ale także sługi. Stąd prosi o zdrowie dla sparaliżowanego i cierpiącego podwładnego.
     Wiara Setnika to zaufanie działającej mocy Słowa-Jezusa. Wystarczy Boskie słowo, by odmienić rzeczywistość. Tylko słowo...
 
     Bóg poprzez słowo świat powołał do istnienia. My musimy pracować, aby cokolwiek utworzyć czy osiągnąć, ale i tak wcześniej czy później dochodzimy do granic naszych możliwości. Wtedy jest miejsce właśnie na wiarę. Ja nie mogę, ale On może. Czy wierzę w to?
 
     Panie, powiedz tylko słowo...
 
***
 
    Dziękuję, proszę, przepraszam, cieszę się, zapraszam - słowa budujące i uzdrawiające. Kto ich używa ma swój udział w zbawczej misji Chrystusa.

niedziela, 1 grudnia 2013

Budowanie arki (Mt 24, 37-44)

  
   Lubimy wiedzieć wcześniej, wiedzieć więcej niż inni. To nam daje poczucie kontroli i panowania nad rzeczywistością. Stąd także Boga natarczywie pytamy: „Kiedy?” Chcielibyśmy poznać dzień i godzinę. Ale w jakim celu? Żeby się przygotować?

     Załóżmy, że koniec świata nastąpi 1 stycznia 2014 r. Dla pewności papież potwierdzi tę datę. Co wtedy byś zrobił? Poszedłbyś jutro do pracy, szkoły? Jak wyglądałyby twoje relacje z najbliższymi? Może świadomość końca poniekąd zmusiłaby cię do przebaczenia, do rozmowy nawet na najtrudniejsze tematy. Może gdybyś usłyszał datę swojej śmierci od razu ruszyłbyś na poszukiwanie księdza żeby się wyspowiadać? Ale czy go wtedy znajdziesz? Przecież on też będzie chciał się przygotować. 

      Miesiąc. Trzydzieści dni. Ostatnie spotkania, ostatnie odwiedziny, ostatnie spojrzenia, ostatnie przytulenia. Życie bliskie śmierci. Wchodzenie w umieranie.

      Chyba zaczynam rozumieć dlaczego tylko Bóg Ojciec zna datę końca świata i czas mojej śmierci. On chce bym nieustannie był gotowy, bym czuwał. Świadomość, że koniec może nastąpić w każdej chwili stawia mnie przed wyborem filozofii życia. Czy pójdę wąską drogą gorliwego czuwania (świadomego życia w relacji z Bogiem), lub czy popłynę z prądem „hulaj dusza – piekła nie ma”?

      Gdy Noe wszedł do arki nastąpił potop, który wszystko i wszystkich pochłonął. Uratowała się tylko jego rodzina. Pozostali ludzie nie chcieli słuchać. Mieli możliwość uratowania się, ale z niej nie skorzystali.

      Jezus chodząc po palestyńskiej ziemi – podobnie jak Noe – wzywał do nawrócenia. Ile osób uwierzyło? Ilę się uratowało? Pod krzyżem słychać było śmiech i kpiny…

      Można powiedzieć, że nasze życie jest czasem budowania własnej arki ocalenia. Codzienna „praca na roli” czy „przy żarnach” to kairos zbawienia. Jednak „zabrani” do nieba będą tylko ci, którzy swoją pracę (życie) będą traktować jako czas współpracy z Bogiem. Dla wierzącego życie na ziemi jest drogą wchodzenia w zażyłą relację ze swoim Stwórcą i Zbawicielem. To czas nawracania się i wiary w Ewangelię.
   
      Potop już trwa. Wielu go nie spostrzegło. Toną w morzu grzechu i zepsucia.

Jezus przypomina o Noem. Żył on w czasach nieprawości i odrzucenia Boga. Jedzenie i picie, zawieranie małżeństw, to symbole troski o potrzeby ciała: samemu żyć, a później żyć w swoim potomstwie.
 
     Czy moja arka jest gotowa? Czy jestem gotowy zamknąć się w niej i popłynąć tam, gdzie Boże wiatry mnie zaprowadzą?

***

     Adwent. Cztery niedziele z Maryją – Arką Przymierza. Miesiąc przygotowania na spotkanie ze Zbawicielem. Czas (od)budowania mojej arki-serca.

Protestant, ale mądrze mówi:


 

niedziela, 24 listopada 2013

     
     "Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. Nie potrzeba, by cały wszechświat uzbroił się, aby go zmiażdżyć: mgła, kropla wody wystarczą, aby go zabić. Ale gdyby nawet wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, ponieważ wie, że umiera i zna przewagę, którą wszechświat ma nad nim. Wszechświat nie wie nic o tym".  
 
     (Blaise Pascal „Myśli”)

Bezsilny Zwycięzca (Łk 23, 35-43)

    
Kończy się dzisiaj Rok Wiary. Można więc dokonać próby jego podsumowania. Czy te dwanaście miesięcy przyczyniło się do jej pogłębienia? Czy coś zmieniło się na lepsze w naszej relacji z Chrystusem? Czy moja wiara jest silniejsza?

     „Gdy ukrzyżowano Jezusa, lud stał i patrzył”.
     Dzisiaj w Uroczystość Chrystusa Króla teksty liturgiczne zapraszają nas pod krzyż. To właśnie tam znajdujemy naszego Króla. Nie szukamy bogatego pałacu, pięknego tronu, niezliczonej liczby służby – tam nie ma naszego Zbawiciela. Jego królowanie jest inne. Jest pełne paradoksów.

     Chrześcijanin musi zdobyć się na odwagę i podejść blisko pod krzyż. Musi spojrzeć Jezusowi w oczy. Tam znajdzie miłość. I usłyszy słowa: „Pragnę” [ciebie, twojej miłości, mój bracie i siostro].

     Dlaczego Chrystus umarł na krzyżu? Po co taka śmierć? – Dla naszego zbawienia. Owszem. Tę katechizmową odpowiedź znamy. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć coś więcej? Czy rozumiemy głębię tego zbawczego wydarzenia? Jeśli nie, to nigdy nie pojmiemy Bożej miłości.

     Stworzyciel, powołując człowieka do istnienia, umieścił go w ogrodzie miłości, gdzie nic mu nie brakowało. Mało tego, otrzymał dar wolnej woli. Wszystko było takie piękne, tak wspaniałe. I mogło tak być do dzisiaj, gdyby nie pojawił się grzech nieposłuszeństwa. Zły w postaci węża uczynił nas swoimi niewolnikami. Tak. Wybór zła jest niewolnictwem. Człowiek dał się oszukać. Jak pięknie szatan reklamuje swoje kłamstwa!

      Czy w tej sytuacji Bóg nie mógł przebaczyć? Czy musieliśmy opuścić Raj? Owszem, mógł darować ponieważ jest Wszechmocny. Ale jest także sprawiedliwy, dlatego nie zmienia swoich decyzji, nie odwołuje swoich postanowień. Wtedy nie byłby Bogiem! Co mógł zrobić z nieposłusznym człowiekiem? Pozwolić mu umrzeć na wieki? Zniszczyć ten świat i stworzyć sobie nowy, z lepszymi ludźmi? Nie. On postanowił nas uratować. Chciał dać nam drugą szansę. Sposób naszego zbawienia jest zaskakujący! Oto Bóg staje się człowiekiem i umiera za człowieka. Najświętszy i Najczystszy uniża się by zapłacić za niewolników, którymi my jesteśmy. Poprzez swoją męczeńską śmierć zapłacić za nas, odkupił nas. Jego ofiara czyni nas na nowo dziećmi Bożymi, braćmi i siostrami Jezusa! Jaka cena!? Krew Najświętsza!

      Teraz stojąc pod krzyżem widzę mojego Zbawiciela. Tego, który z miłości oddał za mnie życie. Wykupił mnie z niewoli złego. Jestem na nowo wolny!

      Na Golgocie słychać szydercze słowa: "Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym" i "Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie". To niesamowite, że Wszechmocny nic nie może. Unieruchomiony, przybity do krzyża, doświadcza bezsilności, opuszczenia i porażki.

     
Niektórzy widząc bezsilnego Boga sami próbują się zbawić. Robią wszystko by ocalić jakąś część siebie na ziemi, by przetrwać w pamięci innych. Stąd gromadzą pieniądze, zdobywają władzę, uciekają przed samotnością. I niestety nie wiedzą, że ta „ucieczka od krzyża” prowadzi do przepaści wiecznej nienawiści.

      Uczeń Jezusa idzie tą samą drogą co jego Mistrz. Rzeczą naturalną jest doświadczenie krzyża w naszym chrześcijańskim życiu. Może doświadczasz jakiejkolwiek rzeczywistości niemocy, bezsilności i porażki: w relacjach, w finansach, zdrowiu itd. Jak to się mówi: „nie przeskoczymy samych siebie”. Niestety rzeczywistość życia na ziemi wiąże się z ograniczeniami.

      I tutaj paradoksalnie jest szansa na zwycięstwo. Jezus na krzyżu pokonał szatana! Na krzyżu pokonujemy nasz egoizm. Krzyż to drzewo, na którym dojrzewa nasza miłość.

     Dwaj złoczyńcy po prawej i lewej stronie Jezusa to dwa sposoby podejścia do krzyża, to dwie relacje z Bogiem. Albo przeklinam swój krzyż i „szarpię się na nim”, albo z żalem i tęsknotą zwracam się o przebaczenie do Zbawiciela.

      Wszyscy jesteśmy złoczyńcami ponieważ nie ma bezgrzesznego człowieka (oprócz Niepokalanej). Nasze złe i chybione wybory wiążą się z konsekwencjami, które przybijają nas do krzyża. Słusznie ponosimy karę. Ale zamiast buntu i nienawiści do Jezusa mogę apelować do Jego Miłosierdzia.

      Czy jest ktoś, kto nie chciałby usłyszeć słów: „Dzisiaj ze Mną będziesz w raju”? 

      Kiedy twój krzyż wydaje ci się zbyt ciężki wołaj: „Jezu wspomnij na mnie”.

      I jeszcze jedna ważna sprawa. Jezus podczas swojej męki nie skorzystał z możliwości uśmierzenia swojego bólu poprzez wypicie octu, który pełnił rolę znieczulenia. Chrystus odmówił. „Na trzeźwo” składał z siebie ofiarę. Jego miłość jest w pełni świadoma.

      A my? Czy nie próbujemy sobie ulżyć uciekając w krainę alkoholowego, komputerowego, seksualnego (itd.) … zapomnienia. Czy przypadkiem nie chcemy uciec z drzewa miłości. Krzyż wyciosany przez nas staje się kluczem do niebieskich bram. Oby pasował!

***

Warto zobaczyć. Polecam.


Dziękuję wszystkim za maile i zachęty do pisania. Jak tylko mój stan zdrowia będzie pozwalał to wpisy będą się pojawiać. Pamiętam o Was w modlitwie i o nią proszę.

niedziela, 10 listopada 2013

Łk 20, 27-38

     Nasze życie to powolne umieranie. Śmierć to brama wieczności. I co dalej? Jak będzie wyglądało nasze życie po tej „drugiej stronie”? Co się stanie z naszym ciałem?
     Saduceusze nie wierzyli w zmartwychwstanie, dlatego wymyślili złożony problem, który miałby ukazać problemy z nim związane. Wystawiając Jezusa na próbę stawiają kwestię: Czyją żoną po zmartwychwstaniu będzie kobieta, która wyszła kolejno za siedmiu braci?

     Powyższe pytanie pokazuje jak niedojrzałe było spojrzenie saduceuszy na to, co będzie po śmierci. Oni życie wieczne postrzegali jako kalkę – tylko udoskonaloną – życia ziemskiego. Okazuje się jednak, że to zupełnie inna rzeczywistość.

     Jezus zauważa, że "Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą". Tak właśnie wygląda świat doczesny. Ludzkość, w nieustannym zmaganiu się życia ze śmiercią, chce przetrwać. Stąd cała rzeczywistość związana z małżeństwem i rodziną.

     Dla ówczesnego Żyda sprawa była w sposób szczególny ważna, gdyż wierzono, że zmarli będą mogli oglądać wieczność oczami swojego potomstwa, dlatego jego brak było wielkim nieszczęściem.

      Jednak życie po zmartwychwstaniu to – jak naucza Zbawiciel – zupełnie inna rzeczywistość, różna od doczesnej. Żeby przetrwać na ziemi człowiek wchodzi w relację miłości małżeńskiej. Jednak ten związek nie jest konieczny, aby żyć w wieczności. Natomiast niezbędna jest relacja miłości z Bogiem. Do rajskiego ogrodu może wejść tylko ten, kto zna Ogrodnika.

      Jezus nie deprecjonuje małżeństwa. On chce zwrócić uwagę na to, że życie po zmartwychwstaniu tak naprawdę zależy od jakości relacji z Ojcem. Małżeństwo może być i jest drogą do Boga, ale nie jedyną. Są przecież ludzie żyjący z różnych względów samotnie, a to nie oznacza, że nie zmartwychwstaną. Życia wiecznego z Bogiem dostąpi ten, kto nauczy się tutaj na ziemi kochać.

 

czwartek, 31 października 2013

Przygotowanie do słuchania

"Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie". Mt, 5, 1
     Jezus jest Bogiem, który zbawia. To znaczy, że jest tym, który przychodzi z darem wolności i szczęścia. To ciekawe, że człowiek nie zauważa „Tego, który kocha”. Boi się?

    Tyle marzeń o szczęśliwym życiu, poszukiwań prawdziwej miłości, aby zrezygnowawszy umrzeć z pragnienia. Tak. Myślę, że można powiedzieć, że współczesny człowiek umiera z pragnienia nie wiedząc, że źródło jest tak blisko.

     Jezus jest. To stwierdzenie jest faktem. Jezus jest. Obecny. Żywy. Prawdziwy. Jest. Nie widzisz? Nie czujesz? Podnieś głowę i spójrz Mu w oczy. Wiem, to trudne, ale możliwe. W Boskich oczach jest prawda. W nich warto się przejrzeć. Jego wzrok jest pełen pragnienia – tego z krzyża. Nie bój się patrzeć Bogu w oczy! To ważna umiejętność.

     Zbawiciel dostrzega Cię w tłumie, w którym się znajdujesz. Widzi Twoją rzeczywistość życia: rodzinę, pracę, wszelkie wysiłki, ale także Twoje wnętrze z tym co się w nim znajduje. Tłum jest jak ocean, który niesie Cię na swych falach. A Ty bezsilny nie potrafisz nad żywiołem zapanować. Jesteś bezsilny i powoli się poddajesz topiąc się w odmętach beznadziei.

     A Jezus kroczy po wodzie i chce Ci podać swą dłoń. Czy wierzysz w Boskiego Ratownika?

    Mistrz mówi do nas z góry. Wspina się wysoko, by być blisko swego Ojca. Ta niepojęta Boska bliskość jest źródłem mocy i łaski. 

    Można powiedzieć, że życie jest ciągłym wspinaniem się ku górze. Czasem nie mamy sił, by atakować gładkie ściany górskich szczytów, dlatego szukamy bocznych ścieżek, na których nie raz gubimy się. Ale na górę trzeba wyjść. Na szczycie czeka na nas nagroda. Nie tylko piękne widoki…

    Z góry odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany. Jego słuchajcie”. Dlatego Jezus zasiada. Jest Mistrzem i Nauczycielem. Czy chcę, jak Maria, przystąpić do Niego by słuchać?

    Dzisiaj Uroczystość Wszystkich Świętych. Każdy z nich zdobył swoją górę świętości udowadniając przy tym, że to możliwe. Tak. Świętość jest możliwa. Rozpoczyna się od słuchania Boskiego Nauczyciela. 
 


 

czwartek, 24 października 2013

Test miłości (Łk 12, 49-53)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię”.

Owym ogniem jest miłość.
Prawdziwa jest żarem, który rozpala i wypala.
Rozpala do nawrócenia i nowego życia łaską chrztu.
Wypala wszelki grzech.

Chrześcijanin ma płonąć ogniem miłości, ma być pochodnią Chrystusa.
Ma świecić!
Nie świeci? Nie żyje. Umarł.

Czy może nas dziwić to, że Jezus „pragnie, żeby on [ogień] już zapłonął”?

Zbawiciel przyjął chrzest śmierci. Miłość umarła żeby żyć.
Chcesz prawdziwie żyć? Musisz przejść przez śmierć.
To boli. Bardzo boli.
Codzienne umieranie – zanurzanie w śmierci Chrystusa.

Są bakterie czy wirusy, które giną tylko w wysokich temperaturach.
Aby oczyścić miłość, trzeba ją poddać próbie ognia.
To piekło. Owszem!
Trzeba przejść przez piekło na ziemi, by wejść do raju.

Kto kocha ten wie, że miłość to powolna śmierć.
Jak świeca, której celem jest dawanie blasku.
Ona wie, że płonąc spala się. Kończy się.
Ale misję swoją spełni.

 ***

Test na miłość?
Wziąć swój krzyż i dać się poprowadzić Jezusowi.

Jakie proste...

poniedziałek, 21 października 2013

Łk 12, 35-38

    
„Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie”.

Przepasane biodra wyrażają gotowość:
- do pracy – by wyrabiać chleb świętości z pyłu codzienności,
- do służby – by przez pokorę dojrzewać do prawdziwej miłości,
- do podróży – by wyjść z Egiptu egoizmu do Ziemi Obiecanej zjednoczenia z Bogiem.

Zapalone pochodnie:
- to dusze nasze – czyste, niepokalane,
- to życie prawdziwe – wolne i szczęśliwe,
- to gorliwość i zapał w nawracaniu samego siebie, by innych pociągnąć do Światła.

By nie przespać spotkania...

Boskie bogactwo (Łk 12, 13-21)

"[...] życie nie polega na gromadzeniu bogactwa ani nie zależy od tego, co się posiada".

Na pewno? Rzeczywistość pokazuje coś innego.

Pozornie. Owszem, pieniądze są potrzebne, ale podporządkowanie swojego życia ich gromadzeniu prowadzi do nieszczęścia.

Ileż to osób wyjechało za granicę po pieniądze tłumacząc sobie, że są niezbędne do normalnego funkcjonowania. Bo przecież trzeba postawić dom, kupić samochód itd.

Trzeba przyjrzeć się owocom. Jednym się udało, w sensie: zarobili dużo i postanowili zyskać jeszcze więcej, więc zostali i są już kilka lat z dala od domu, od rodziny.

Inni długo szukali pracy i nie udało się. Wrócili bez niczego lub zostali, bo nie mają nawet za co wrócić.

A ile osób wróciło z pękniętym kręgosłupem moralnym? Ile jest przez to kłótni małżeńskich, rozbitych rodzin i wszelkich innych krzywd?

"Głupcze, tej nocy życie ci będzie odebrane" - o tych słowach nieustannie trzeba pamiętać. W jednym momencie wszystko mogę stracić. I tak bywa. Co wtedy pozostanie?

Czy jestem bogaty przed Bogiem?
Pieniędzy nie przyniosę, domem nie będę się chwalił, samochodem nie podjadę, zagranicznymi wycieczkami nie będę się chwalił.

Co ja Ci, Panie przyniosę po śmierci? Czym się będę chwalił?

niedziela, 13 października 2013

Łk 17, 11-19


„Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei”.

Jezus idzie do Jerozolimy. To cel Jego ziemskiej wędrówki. Wie, że tam zostanie skazany na śmierć, ukrzyżowany i zmartwychwstanie. Mimo tak przerażającej wizji przyszłości nie zawraca, nie ucieka, ale konsekwentnie realizuje wolę Ojca.

Można powiedzieć, że nasze życie jest zdążaniem do Jerozolimy, Miasta Świętego. Z tym, że my chcemy dostać się do Niebieskiego Jeruzalem, a więc pragniemy być świętymi.

Jezus przechodzi przez graniczące ze sobą Samarię i Galileę. Obie krainy mają symboliczne znaczenie. Samaria to ziemia pogańska, a jej mieszkańcy uważani byli przez Żydów za heretyków. Natomiast Galilea, to tak zwana daleka prowincja.

Samaria i Galilea. Niewierność i codzienność. To dwie rzeczywistości naszego życia, które  wzajemnie przeplatają się. Z jednej strony nasze codzienne obowiązki, a z drugiej nasze małe i wielkie upadki.

Niewierność i codzienność to dwa elementy naszej drogi do świętości, do Jeruzalem Niebieskiego. Jezus jest z nami. Chce nam pomóc przejść przez te krainy nie wchodząc w ich głąb, by się w nich nie zatracić, ale przejść terenami granicznymi prosto do Jerozolimy.

piątek, 11 października 2013

Słuchać i służyć (Łk 11, 27-28)

Kobieta, pełna podziwu dla Jezusa, wysławia Jego Matkę – Maryję.

Jak w łonie Maryi Jezus nabierał kształtów, tak we mnie ma rozwijać się ziarno Słowa Bożego.
Jak piersi Maryi wykarmiły Jezusa, tak ja potrzebuję pokarmu – mleka miłości – by mieć siłę i moc do życia Słowem.

 Dzisiaj w sobotę – dzień maryjny – pragnę i proszę, by Maryja nauczyła mnie słuchać i służyć.

Łk 11, 15-25

Jezus uzdrawia, wyrzuca złe duchy. Słowem: dokonuje cudów. A wciąż znajdują się osoby, które nie wierzą. Wciąż żądają nowych znaków. Nawet gorzej: zarzucają Chrystusowi, że czyni dobro współpracując ze złem.
 
Jak bardzo serce może pokryć się nienawiścią i egoizmem! Jak bardzo można być zaślepionym! Czy Jezus mógłby uczynić coś więcej żeby uwierzyli? Owszem. Uczynił. Oddał za nich swoje życie. Czy ten fakt coś zmienił?
 
Ważniejsze jest pytanie: czy ja wierzę? A może wciąż szukam nowych znaków Bożej miłości, bo te, które są, są niewystarczające.
 
***
 
Po spowiedzi, zwłaszcza tej rekolekcyjnej, jesteśmy czyści. Chrystus swoim przebaczeniem wymiata wszystkie nasze grzechy, a swoją łaską na nowo przyozdabia nasze serca. I przez pewien czas panuje spokój i cisza. Wypędzony duch nieczysty szuka domu, lecz go nie znajduje. Wraca więc, i to nie sam. Przyprowadza ze sobą swoich wspólników, by ze zdwojoną siłą uderzyć i ... na nowo zrobić bałagan.
 
Mądry człowiek przewidzi ten powrót i przygotuje się na ciężką walkę.
Broń: Eucharystia, spowiedź, modlitwa.
 

czwartek, 10 października 2013

(Łk 11, 5-13)

"I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą".
 
To jedno zdanie można potraktować jako test naszej wiary. Zasypujemy Boga wieloma prośbami. Chcielibyśmy żeby rozwiązał każdy nasz problem, załatwił trudne sprawy. A jak tego nie zrobi, to przychodzi rozgoryczenie, a czasem złość.
 
Są sprawy, na których  zależy nam w sposób szczególny. Czy w tych sytuacjach rzeczywiście prosimy, szukamy i kołaczemy? A może jest tak, że bardzo szybko się zniechęcamy, bo Bóg powinien tak od razu - jak czarodziej, załatwić naszą sprawę.
 
Najpierw warto postawić sobie następujące pytania:
  1. Czego pragnę?
  2. Czego szukam?
  3. W jaką rzeczywistość chcę wejść?
Odpowiedzi mogą pomóc nam uświadomić sobie czy to co robimy, aby zrealizować swoje pragnienia, jest wystarczające.
Może być tak, że zdamy sobie sprawę, że tak na prawdę nam nie zależy. Chcielibyśmy, ale...
 
Okazuje się, że nawet boimy się marzyć. Pozostaje nam nudna i szara codzienność.
 
***
 
Przypatrzmy się dziecku, które chce aby mu rodzic coś kupił. Prosi do znudzenia. Czasem nawet uciekając się do szantażu czy tupania nogami.
 
A jak my prosimy naszego Ojca?
 
***
 
Zaskakujące jest to, że tak na prawdę często  nie wiemy czego chcemy, a już tragiczne jest to, że nie realizujemy naszych pragnień myśląc, że są one nierealne. Po co więc życie i jego trudy?
 

środa, 9 października 2013

Jestem bogaty (Mt 25, 14-23)

Co to znaczy, że Bóg "udał się w podróż"? Odjechał? Zostawił nas? Tak po prostu?
Czasem chcielibyśmy, żeby był widoczny, dotykalny.
A jednak "wyjechał".
To konieczne. To szansa aby się dojrzałymi Jego uczniami (wciąż dziećmi).
Można powiedzieć, że nie chciał nas krępować swoją obecnością. Pozwolił nam wybierać. Jesteśmy panami każdej chwili. Bóg, który wie najlepiej pozwala nam, którzy wiemy mało, dokonywać wyborów.

***

Mogę robić co chcę? Na co mam tylko ochotę? Obiektywnie tak. Kto mi zabroni?
Jednak, jeśli chcę być szczęśliwy, będąc świadomym swojego braku mądrości i wiedzy, mogę zaufać "Temu, który wie lepiej".
Jet to droga bezpieczna..

Na starcie życia otrzymałem pięć, dwa, a może jeden talent. Czym on jest? To porcja miłości. Dostałem tyle ile mogłem unieść, pomieścić w sobie.

Co teraz?
1. Pamiętać, że jestem sługą.
2. Puścić w obieg, to co otrzymałem: inwestować w miłość i ją pomnażać.


Miłości nie można zakopać.

piątek, 13 września 2013

Krzyczący autentycznością (Łk 6, 39-42)

     Chyba każdemu jest miło gdy jest słuchany, a jego zdanie brane jest pod uwagę. Wtedy czujemy się dowartościowani i ważni. Jednak może pojawić się niebezpieczeństwo (pokusa) bycia ekspertem niemalże w każdej sprawie.

     Wiele osób doskonale zna się na np. polityce. Oni wiedzą co powinien zrobić ten czy tamten poseł, jakie decyzje musi podjąć premier. Coraz częściej można spotkać ludzi, które chcą reformować Kościół wskazując jedyne i słuszne rozwiązania. Na co dzień - być może w naszych rodzinach - stykamy się z osobami, które zawsze są gotowe wskazać innym drogę nawrócenia i poprawy.

     Przyjrzyjmy się sobie samym czy przypadkiem nie uwikłaliśmy się w pułapkę „bycia ekspertem od wszystkiego”. Taką osobę trudno jest znosić. Jeżeli pojawi się inne zdanie, inny pomysł, ekspert atakuje, próbuje ośmieszyć, nie słucha, krzyczy, poniża. Różne są formy narzucania swojej woli.
      W pierwszym rzędzie warto zapytać siebie: Czy moje oczy są otwarte na Boże światło prawdy? Czy szukają prawdziwej mądrości?
      Bycie niewidomym to wielkie nieszczęście. Zwłaszcza ślepota duchowa jest ciężką chorobą. Poznać ją można między innymi po tym, że osobą nią dotknięta próbuje rządzić i narzucać wszelkimi metodami swoją wolę, swoją jedynie słuszną prawdę i rozwiązanie.

      Człowiek z otwartymi oczyma nie musi krzyczeć, nie musi zmuszać. Przykład jego życia pociąga. Właśnie takiego „krzyczącego autentycznym życiem” chrześcijanina można nazwać przewodnikiem.
       Jezus nigdy nie nawracał na siłę, nie krytykował, nie wypominał. Dawał przykład.

 

niedziela, 8 września 2013

Głupota zabija. (Łk 14,25-33)

[szkic niepoprawiony -  brak czasu :)]    
 
Kto może zostać uczniem Jezusa? Każdy, kto chce. Każdy, kto podejmie się trudu uczenia – nawracania siebie samego. Szkoła naszego Pana nie ma nic wspólnego z bezstresowym wychowaniem. W Jego szkole wzrastamy do dojrzałej i pięknej miłości.

      Żeby się uczyć, trzeba chcieć. Nie można zatrzymać się na etapie szkoły podstawowej, jak nie można zatrzymać się na etapie „paciorka i Bozi”. Dlatego ważnym i podstawowym krokiem jest „wyjście z tłumu”, a więc podejmowanie świadomych i odpowiedzialnych decyzji dotyczących całego życia, także wiary. Kościół to nie stado bezmyślnych owieczek czy baranów, ale wspólnota myślących i rozsądnych ludzi, którzy nie boją się walczyć o prawdę i szczęście, którzy mają odwagę żyć inaczej niż wszyscy. „Inaczej” czyli zgodnie z Bożym planem, bez względu na to, co „ludzie powiedzą”.

      W dzisiejszej Ewangelii nasz Nauczyciel podaje warunki, które trzeba spełnić, by zostać Jego uczniem. Oto one:

      Pierwszy: Najważniejszy jest dla mnie Jezus i Jemu podporządkowuję całe moje życie. Krócej: kocham tylko Boga. I tutaj nie chodzi o uczucie miłości, które dzisiaj jest, a jutro go nie ma, ale o postawę nieugiętego dążenia do Prawdy, o wybieranie na każdym miejscu i w każdej sytuacji Chrystusa, który jest Gwarantem naszego szczęścia.

      Wszystkie relacje: te rodzinne, sąsiedzkie, koleżeńskie i społeczne muszą podlegać tej najważniejszej, którą jest relacja z Jezusem. Innymi słowy: jeżeli jest w twoim życiu osoba ważniejsza od Boga, nie możesz być Jego uczniem.

      Ważniejsza od więzi rodzinnych jest więź z Mistrzem. Jesteśmy wolni. Dlatego nikt nie może rządzić moim życiem, ani ja nie mogę panować nad innymi. Ile w tej dziedzinie manipulacji człowiekiem (teściowa mająca wpływ na wszystko).Niekiedy drugi człowiek staje się bogiem, dla którego ktoś jest w stanie zrobić wszystko kosztem własnego zbawienia.

     Ludzie mówią, że trzeba mieć tzw. znajomości by się w życiu odnaleźć. Trzeba sobie postawić pytanie czy rzeczywiście chodzi o znajomość czy o niewolniczą zależność?

      Wybór Jezusa i przyjaźń z Nim niejednokrotnie sprowadza sprzeciw własnej rodziny. Kiedy człowiek wchodzi na drogę nawrócenia często największych wrogów ma w najbliższej rodzinie.


      Dźwiganie krzyża – to kolejny warunek. Jeśli mówimy o krzyżu to najczęściej kojarzy się on nam z cierpieniem. To skrót myślowy na określenie całego życia Jezusa, w którym ma miejsce także zmartwychwstanie. Niesienie krzyża, to realizowanie woli Bożej, realizowanie swojego chrześcijańskiego powołania.

     Jezus podaje nam dwa niełatwe do zrozumienia, obrazy, które mają nam wyjaśnić poniższe warunki.

     Jeżeli chcesz wybudować dom, to oczywiste jest, że robisz kosztorys, a następnie sprawdzasz ile masz w kieszeni, by nie stać się pośmiewiskiem. Czasem można spotkać takie niedokończone budowle, np. krakowski „Szkieletor”. Jeżeli chcesz mądrze przeżyć swoje życie (zbudować wieżę) nie przewidzisz wszystkiego do końca, nie możesz zapanować nad przyszłością, nie obliczysz wszystkiego. Co wtedy można zrobić?

      Niekiedy ktoś latami wznosi budowlę wymarzonego świata, a tu nagle „zawala mu się” ten świat. Najbliższa osoba pakuje się i wychodzi? Dlaczego? Bo nie zauważył, że swoje szczęście budował na człowieku, a nie na Bogu. Czcząc człowieka wcześniej czy później doświadczy ruiny i zgliszcz przegranego życia.

      Drugi obraz mówiący o wyruszającym na wojnę królu, który uświadamia sobie, że ma słabszą armię od przeciwnika i rozsądek nakazuje mu prosić o warunki pokoju. 

      Czym jest ta liczebna armia? To wszystko to, co cię spotka w życiu: przeciwności, doświadczenia, które będą cię przerastać, skomplikowane sytuacje, trudności. Armia ludzi, armia zdarzeń, armia uczuć, armia ludzi. Dasz sobie sam radę?

      Dziesięć tysięcy przeciwko dwudziestu tysiącom. A jednak są i to nie rzadko, kamikadze, którzy myślą, że sobie poradzą, że zwyciężą. I próbują walczyć i giną. Głupota zabija.

 

wtorek, 3 września 2013

Dożynkowe kazanie bpa Zawitkowskiego

Przeczytaj:

Posłuchaj:


Wybrane fragmenty:


Ludzie Dożynkowi,
ale wy jeszcze wierzycie
w rozmnożenie chleba?
Ale Wy już nie wiecie,
co to na wsi był przednówek?
Pośród Was nie ma już rasowych chłopów,
nie ma już rolników.
Zostali tylko producenci,
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

 
Do kwiatów trzeba mówić,
Ze zwierzętami trzeba rozmawiać,
w niebo trzeba z wiarą spoglądać,
a ziemię jak matkę rodzoną kochać.

 
Wy Czcigodni Żniwiarze,
co chleb kupujecie,
z handlu obwoźnego,
nie wiecie już co to było,
nabożeństwo pieczenia chleba.
Nie ma już w domach
pieca do pieczenia chleba,
ani w Popowie, ani w Zabostowie.

Dzieci bądźcie cicho,
bo chleb rośnie - prosiła mama,
I rzeczywiście było słychać
jak chleb rośnie.
Mama formowała bochny chleba,
i wsadzała do wypalonego pieca.
W domu pachniało chlebem,
a myśmy czekali na podpłomyki,
na małe chleby, co były na brzegu pieca,
A jednak nam się nie dostało,
Najpierw była nauka społeczna mamy:
Dzieci, chleba nie je się samemu,
Pierwszy chleb trzeba zanieść
do sąsiadów, tam jest bieda,
tam są dzieci!

To były nasze uniwersytety,
Przednówek to czas biedy.
Nie było jeszcze nowego,
już nie było starego chleba,
Ale ludzie byli dobrzy!
I ta dobroć dożynkowa,
jeszcze w Was została,
Kochani Żniwiarze

Oj Wy cywilizowani barbarzyńcy!
Wy chyba nigdy
nie łamaliście się opłatkiem,
Wy chyba nigdy
nie byliście u Komunii Świętej
I myślicie że wystarczy nam Unia.
Nam trzeba Komunii!
Obyście nigdy nie jedli obcego chleba.
To trudny chleb.

 
Pawle, teraz telewizor gra do końca,
Ludzie padają jak ćmy,
bez dobranoc,
bez krzyżyka od mamy
Dzicy ludzie!


To jest Ciało Moje
To jest Moja Krew
Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!
To jestem Ja - mówi Pan.

Widzicie to?
Słyszycie to?
Tak!
A wierzycie w to?
Nie bardzo!
Nie bardzo, bo wracacie do domu
to bez Komunii świętej.

Człowieku Dożynkowy ostrzegam Cię:
Bez Komunii,
bez modlitwy – zdziczejesz,
a potem przyjdzie oziębłość, seks
i wyznasz:
Ale ja jestem niewierzący!
Nie mów tak nigdy!
Łaskę wiary dał Ci Pan Bóg,
Rodzice tak dużo
zainwestowali w Ciebie,
abyś był szlachetnym i mądrym.
Zdeptałeś to wszystko!



Dlatego nie ma dla kogo żyć,
W domu jest piekło,
w szkole czyściec,
a świat jest barbarzyński.

Moc Słowa (Łk 4, 31-37)

      Tam, gdzie głoszone jest Słowo Boże z mocą, zło nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć, tym samym zdradza się i samo ujawnia. Wystarczy spojrzeć co się dzieje, gdy chrześcijanin powie – zgodnie z prawdą – że, czyny homoseksualne są grzechem. Od razu taki człowiek jest napiętnowany.
 
     Bóg przynosi pokój serca i radość. Zły przytłacza lękiem i agresją.
     Duch nieczysty to duch śmierci. Chce zniszczyć we nas życie. Próbuje zapędzić do ciemnego grobu rozpaczy.
     Warto przyjrzeć się swoim reakcjom na głoszoną Ewangelię.

     Słucham z cierpliwością i pokorą z nadzieją uzdrowienia?
     A może próbuję bronić się i oskarżać innych za swoje niedoskonałości?

 

poniedziałek, 2 września 2013

Przyjdź Panie i zostań (Łk 4, 16-30)

 "Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana".
 

      Dzisiaj, w poniedziałek 2 września, w dniu rozpoczęcia nowego roku szkolnego, Jezus przychodzi do mnie – do mojego Nazaretu. Czy Go przyjmę?

      Przychodzi pełen mocy i Ducha Świętego. Chce mi pomóc.
      Przychodzi z dobrą nowiną, którą mam żyć, a później głosić.
      Przychodzi z darem wolności. [Zerwij Panie kajdany, które ciążą na mym sercu].
      Przychodzi z blaskiem swojej prawdy i miłości.
      Przychodzi z darem przejrzenia na oczy, by zobaczyć więcej i dalej.
      Przychodzi z darem pokoju, bym nie bał się przeciwności.
      Rozpoczyna się rok łaski.

      I choć trudno - tak po ludzku - w to uwierzyć, ufam, że będziesz przy mnie i tych, z którymi będę.

      Nie chcę Cię wyrzucić z mojego życia. Proszę: zostań!

 

środa, 28 sierpnia 2013

Malowanie (Mt 23, 27-32)

[Szkic konferencji dla członków Odnowy w Duchu Świętym - Wieczysta, 28.08.2013]

  Co dzisiaj nasz Pan chce nam powiedzieć? Oto owoc mojej medytacji, którym chcę się z Wami podzielić.

  Po raz kolejny Jezus mówi: „biada”. „Biada wam” – to słowo oznacza „ach, och!,!” i nie wyraża groźby, ale ból tego, kto mówi z powodu zła słuchających go.

  To głębokie uczucie bólu Tego, który kocha.

   Jezusa boli postępowanie uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Nauczyciele Pisma są tymi, którzy wiedzą, faryzeusze zaś tymi, którzy czynią. Istnieje wiedza i działanie obłudne, które nie służą miłości.

   „Obłudnicy!” – woła Jezus - może i do nas.

   Co to jest obłuda?

   To nie bycie sobą. To udawanie kogoś, kim się nie jest. Gra. Człowiek wtedy staje się aktorem. Zakłada maskę i robi to, co podaje mu rola.

   W takiej sytuacji życie staje się teatrem, widowiskiem, a nawet „szopką”. Czy tak ma wyglądać chrześcijańskie życie?

   Ile tęsknych marzeń: „Ech, gdybym mógł być prawdziwie wolny? Kiedyś to miałem marzenia i wspaniałe ideały. Inaczej wyobrażałem sobie życie: szkołę, rodzinę. Nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć, więc gram”.

   Życie na niby. Rodzina na niby. Miłość na niby. Chrześcijaństwo na niby.

   Tymczasowość. Niepewność. Przemijanie. Pustka. Nibylandia. Stąd apatia i przygnębienie – owoce życia nieprawdziwego.

   Ludzi udających, że żyją Jezus porównuje do grobów pobielanych.

  W Palestynie bielono groby, aby były dobrze widoczne. Obawiano się bowiem nieczystości rytualnej, którą mogło spowodować wejście na grób lub dotknięcie go nawet przez nieuwagę.

   Zgłębiając to Jezusowe porównanie można powiedzieć, że człowiek, który udaje chrześcijańskie życie jest widoczny już z daleka. Jego gra szybko wychodzi na jaw. I jakże często – niestety - sam aktor tego nie zauważa i gra dalej. Udawana pobożność i religijność to szczyt obłudy. To zakłamane życie, które jest antyświadectwem i zgorszeniem. Przykłady można mnożyć: Nazywa się chrześcijaninem, a kradnie, a oszukuje. Codziennie „chodzi” do kościoła, ale po powrocie w domu robi piekło.

   Nie wiem jak Wy, ale ja poważnie postawiłem sobie dzisiaj pytanie: Grzegorz, czy ty nie udajesz zakonnika? Co masz wewnątrz?

   Udawane chrześcijaństwo rzuca się w oczy jaskrawymi kolorami, które nic nie oznaczają. Udawane chrześcijaństwo krzyczy robiąc dużo hałasu wokół siebie. To szatan jest specjalistą od wybielania, a wiec od oszukującej reklamy tego, co jest zatruwające i niszczące. W jakie przemyślny sposób potrafi zapakować i sprzedać niewierność, kłamstwo, przemoc.

   Chrześcijaństwo to życie prawdziwe. Miejsce udawania zajmują pokora i służba.

   Chcemy być piękni, dobrzy, idealni. Trudno znosimy porażki. Nie chcemy, by ktoś zobaczył nasze słabe strony. Stąd mogą pojawić się próby wybielania. Bierzemy do rąk farbę i próbujemy zamalować to, co szpeci. Co nas szpeci? Grzech i jego konsekwencje.

   To jak z zamalowywaniem grzyba na ścianie. Jeśli nie wyeliminujemy przyczyn wilgoci, której skutkiem jest grzyb, to możemy malować ową ścianę w nieskończoność, a grzyb i tak po jakimś czasie pojawi się na nowo.

   Podobnie jest z naszym grzechem. Jeśli nie wyeliminujemy wszystkiego tego, co do niego prowadzi to wciąż ze zniechęceniem będziemy się spowiadać i nic się nie będzie zmieniało. Spowiedź stanie się tymczasowym wybielaczem.

   A grzechu nie da się zamalować. Nie da się go ukryć. Jakże smutne jest życie człowieka, który za wszelką cenę ukrywa swój grzech. Na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale wewnętrznie jest trupem, który śmierdzi i rozkłada się. Ile zabiegów i zużytych sił tylko po to, by zamalować swój grzech! Stąd rodzą się lęki, nerwice, depresje.

   Mężczyzna, który uwikłał się w romans z zamężną kobietą przeżywa mękę ukrywania swojej „miłości” przed światem, doświadcza horroru czekania czy przypadkiem owa kobieta nie jest w ciąży, itd. Można się nerwowo wykończyć.

   Życie grzesznika (obłudnika) jest życiem nierealnym. Podobnie jak życie wirtualne, które jest sztuczne i nieprawdziwe, bo nie jest realne. Sztuczni znajomi na portalach społecznościowych, sztuczne życia na kolejnych poziomach gier. Wirtualne życie kończy się w chwili odcięcia dostępu do prądu lub dostępu do internetu. Co się wtedy dzieje? Przychodzi pustka życia, w którym nie ma bliskich osób. To prawie piekło.

   Wszelakie próby ukrycia swoich słabości skazane są na niepowodzenie. Tędy nie wiedzie droga do uzdrowienia.

   „To, co – powie ktoś – mam wstać i publicznie powiedzieć, że zdradzam, kradnę i jestem alkoholikiem. Czy o to chodzi?”

   Nie. Chodzi o to by zacząć żyć naprawdę, a nie udawać.

   Pierwszym poważnym krokiem w kierunku uzdrowienia jest przyznanie się do swoich grzechów. „Tak, to ja zgrzeszyłem. To moja wina”

   Drugi krok to prośba przebaczenie Boga i drugiego człowieka. To wejście na drogę nawrócenia, która nie jest łatwa. Poznawanie siebie to wysiłek, którego podejmują się tylko ci, którzy pragną zmienić swoje życie. Droga powrotu do prawdziwego życia łączy się z poproszeniem o pomoc oraz z otwarciem na drugiego człowieka.

   Chrześcijanin nie próbuje upiększać czy tuszować swoich grzechów. Mocą Chrystusowego przebaczenia zostawia je w grobie, gdzie ich miejsce. Chrześcijanin żyje darem zbawienia, a więc wolności.

   Są piękne kobiety, które emanują blaskiem czystego życia.
Są wspaniali mężczyźni, którzy błyszczą odwagą i odpowiedzialnością.

   Prośmy Ducha Świętego o dar życia w prawdzie. Prośmy o radość, która jest owocem życia zgodnego z Bożym planem.

wtorek, 4 czerwca 2013

Boska waluta (Mk 12, 13-17)

  
   „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?"


      Rozglądam się po pokoju i dostrzegam 2 złote. Biorę je do ręki i oglądam. Na awersie, w otoczeniu laurowego wieńca, umieszczona została cyfra „dwa” z podpisem: „złote”. Na rewersie znajduje się orzeł – polskie godło, a wokół napis Rzeczpospolita Polska 2009.

***

      "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga".

      Oddać każdy pieniądz Polsce? Czy o to chodzi? Przecież po to pracujemy żeby mieć pieniądze na utrzymanie. A może nie taki jest cel naszej pracy? Hm… po co pracuję?

 ***

      Lubimy mieć pieniądze. Sprawiają, że czujemy się bezpiecznie. Mogą zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy do codziennej egzystencji. Symbole i napis na polskiej walucie wskazują, że należy ona do naszej Ojczyzny. Każdy uczciwie zarobiony pieniądz, który wydaję, jest budowaniem wspólnego dobra, jakim jest nasz kraj.
   
      Pieniądze to nie wszystko. Za nie, nie kupimy życia i miłości. Blisko naszego chrześcijańskiego serca nie powinien znajdować się mieszek z pieniędzmi, ale krzyż. Ma on swój obraz, którym jest Ukrzyżowany, i napis: Jezus Nazarejczyk Król Żydowski. To jest waluta, którą płacimy i oddajemy.
      Jezus za nasze zbawienie zapłacił najwyższą cenę. Kosztowało Go to nieskończenie wiele. Nigdy Mu się nie wypłacę. Na wieczność będę dłużnikiem. Mogę jednak płacić podatek miłości, który zbliża mnie do Zbawiciela. Tym podatkiem jest niesienie codziennego krzyża.





poniedziałek, 27 maja 2013

By nie odejść smutnym (Mk 10, 17-27)

    
Jezus wyrusza w drogę. Być może wiąże sandały, żegna się i wychodzi poza miejscowość, w której przebywał. W tym to momencie spotyka się z człowiekiem, o którym wiemy od Ewangelistów, że był młody, bogaty oraz pełnił jakąś kierowniczą funkcję.
 
     Co skłoniło bogatego młodzieńca do tak energicznej reakcji? Dlaczego klęka i prosi o radę?

      W jego sercu z pewnością trwa walka. Wydaje się, że wcześniej słyszał już naukę Jezusa – być może nawet osobiście. Zasiane ziarno wiary rozwija się i kiełkuje. To ogromna siła, która rozsadza skorupę serca (ziarna) od wewnątrz. Wiara domaga się czynów, dlatego ów młody człowiek biegnie i klęka przed Panem prosząc o radę.

     Kogo prosi? Nauczyciela dobrego! Nie zwykłego rabina, ale prawdziwego Boga – Najwyższe Dobro. Czy ma tego świadomość?

      Młodzieńca interesuje życie wieczne. Ma świadomość, że jego istnienie ma głębszy sens. Młodość, bogactwo i władza szczęścia nie dają. Życie nie kończy się w chwili śmierci. To brama do wieczności. Tylko jakiej?
 
     W odpowiedzi Jezus mówi o przykazaniach drugiej tablicy Dekalogu. To podstawa. Pewne – jeśli można tak powiedzieć – minimum, które pozwala osiągnąć życie wieczne. Wypełnianie tych przykazań to już wielkie osiągnięcie. Jednak młodzieniec czuje niedosyt. Jest w nim nieugaszone pragnienie czegoś więcej, więc idzie za nim, by szukać zaspokojenia.

     „Jezus spojrzał na niego z miłością”. Jest to spojrzenie w głąb serca. Jezus swoją miłością ogarnia go całego. W ten sposób ukazuje, że tylko ten kto kocha i jest kochany pójdzie za radą: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim”. Miłość Boga to siła, bez której nasze pragnienia spłoną jak słoma.

      To, co posiadamy, i nie rozdajemy, przeszkadza nam w osiągnięciu skarbu w niebie. Nie chodzi tutaj tylko o pieniądze czy majątek. Mamy przecież czas, zdolności itd.

     Czy moja miłość do Zbawiciela jest na tyle silna, że potrafię pozbywać się tego wszystkiego, co przeszkadza mi w kroczeniu za Nim?

    Co należy do moich „posiadłości”, które nie pozwalają mi pójść za Jezusem?

     Może jest tutaj odpowiedź na mój smutek, jest skutkiem zatrzymania się tylko na wypełnianiu prawa przykazań.
 
***

Panie, dziękuję Ci za pragnienia, które mi dajesz.
Naucz mnie kochać, bym nie stchórzył i nie uciekł z Twej drogi.
Pomóż mi sprzedać moje posiadłości, które trzymają mnie w „domu smutku”.
 
*****
 
Hm... Skąd tyle smutnych ludzi na ziemi?

środa, 22 maja 2013

Kto nie jest z nami nie musi być przeciwko nam (Mk 9, 38-40)

     Czynić dobro w imię Jezusa może każdy. Niekoniecznie musi należeć do naszej paczki, grupy koleżeńskiej, wspólnoty, Kościoła. Czasem chcielibyśmy zabronić innym tego, co wydaje się nam, że sami robimy lepiej. Na przykład jedynymi słusznymi szkołami nie są tylko szkoły prowadzone przez pijarów, ale także można znaleźć szkoły ss. prezentek czy jezuitów.

     Każde dobro pochodzi od Boga i do Niego prowadzi.

 

wtorek, 21 maja 2013

Nie bać się pytać. (Mk 9, 30-37)

  
Jezus i uczniowie Jego podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym.

      Galilea jest symbolem naszej codzienności. Jezus chce w niej uczestniczyć. Pragnie z nami „podróżować”, ale bez niepotrzebnego rozgłosu, bez „fajerwerków”. Czy pamiętamy o Jego cichej obecności?

   Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie". Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. 
      Chrześcijanin wie, że – podobnie jak jego Mistrz – „będzie wydany w ręce ludzi” nie zawsze życzliwych i kochających. Wie, że „zostanie zabity”, a więc musi umrzeć by narodzić się na nowo. [To umieranie trwa czasem całe życie]. W końcu chrześcijanin nie może zapomnieć, że po wszystkim czeka go zmartwychwstanie!

      Dopóki Chrystus nie zmartwychwstał Apostołowie nie rozumieli w całości Jego misji. Dlatego słysząc o męce i cierpieniu swego Zbawiciela po prostu bali się pytać o wyjaśnienie.

      To bardzo ważne żeby nie uciekać przed fundamentalnymi pytaniami dotyczącymi naszego życia. „Po co żyję? Skąd cierpienie? Jaki sens ma to, co robię?” itd. Brak tzw. myślenia powoduje lęk i strach, który objawia się w kompulsywnym szukaniu zabezpieczeń w postaci troski o pozycję i wartość w oczach drugiego.

      Bojących się pytać Apostołów sytuacja ta doprowadziła do kłótni „o to, kto z nich jest największy”.

      Czyż to nie obraz dzisiejszego świata, zwłaszcza młodego pokolenia? Strach przed Prawdą, przed Jego odpowiedziami sprawia, że człowiek coraz bardziej pogrąża się w „wewnętrznych kłótniach o własną wielkość”. Wojny, przemoc, zabójstwa, kradzieże – to owoce życia w strachu.

      Apostołowie, zapytani przez Pana o powód ich kłótni, milczeli. Uświadomili sobie, że postąpili po prostu głupio. Królestwo Boże przecież nie polega na wywyższaniu siebie, ale na służbie. Stąd Jezus stawia przed nimi dziecko dając je za wzór.

     Hm… czy dziecko się nie boi? Wystarczy zgasić światło, a już widzi straszne potwory za szafą. Biegnie do rodziców wołając o ratunek.
***

     Dobrze jest być dzieckiem Maryi Matki. Gdy się boję, bez wstydu, mogę po prostu uczepić się jej spódnicy lub za Nią się schować. Prosta reakcja dziecka, a jak skuteczna. Natychmiast! 

sobota, 11 maja 2013

W Imię Ojca (J 16, 23b-28)

„O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje”. J 16, 23b

Zdarza się, że gdy chcemy załatwić jakąś sprawę, powołujemy się na znajomość z kimś ważnym.

Jezus zachęca nas byśmy prosząc Ojca powoływali się na Niego samego. Przyjaciel Jezusa jest także przyjacielem Jego Ojca.

Jak wygląda moja relacja z Jezusem? Czy w modlitwie do Boga Ojca mogę się powołać na przyjaźń z Jego Synem?

***

Niedawno (9 maja) uczestniczyłem w zorganizowanym przez KID spotkaniu z panem dr Tomaszem Terlikowskim. Temat jego prelekcji brzmiał: „Źródła kryzysu wiary we współczesnym świecie”.

W swoim przedłożeniu zwrócił on uwagę na sprawę relacji z własnym ojcem, która to warunkuje jakość relacji z Bogiem Ojcem.

Jeśli mój tato był nieobecny w moim życiu, mogę czuć swoistą bierność Ojca w niebie.

Jeśli ojciec nie wymagał ode mnie, nie uczył mnie życia, to Dekalog Boga Ojca będzie dla mnie ciężką kulą u nogi, która ogranicza moją wolność.

Skutki niepoprawnych relacji z biologicznym ojcem można wymieniać jeszcze więcej.

Dzisiejsza ewangelia pomaga uzmysłowić sobie, że modlitwa będzie skuteczna tylko wtedy, gdy z pomocą Jezusa nauczę się kochać Ojca.

Co czuję gdy wymawiam słowa „Ojcze nasz”?



czwartek, 4 kwietnia 2013

Jezus żyje! Spotkałem Go! (Łk 24, 35-48)

Czy Jezus żyje? Czy rzeczywiście zmartwychwstał?

Zaryzykuję stwierdzenie, że wierzymy w zmartwychwstanie Jezusa niejako z rozpędu. Przyjęliśmy wiedzę od rodziców czy katechetów. A co z wiarą? Co z osobistym doświadczeniem?

Czy mogę powiedzieć: „Jezus żyje! Spotkałem Go!”

Chrześcijanin musi zmierzyć się z odpowiedzeniem najpierw sobie samemu na pytanie: „Czy wierzę, że mój Bóg żyje?”

Mogą i rodzą się wątpliwości. Nie uniknęli ich nawet uczniowie. Ale warto szukać spotkania ze Zmartwychwstałym ponieważ tylko doświadczenie żyjącego Boga nadaje sens naszej wierze.

Jezus wychodzi nam naprzeciw. Pragnie zaradzić naszemu niedowiarstwu. Dlatego przychodzi z darem głębokiego pokoju, mówiąc: „Pokój wam!”. Tym samym czeka na naszą dobrą wolę, która pragnie poznać Jego samego.

Autentyczny, Boży pokój w sercu jest znakiem głębokiej wiary.

Wiara w prawdę o zmartwychwstaniu Chrystusa jest fundamentalna.

Muszę nabyć głębokiego przekonania, że Jezus nie jest duchem, ale żyjącym, osobowym Bogiem.

Dla wielu ludzi Jezus jest jakimś nieosobowym bytem, którego tak naprawdę nie obchodzi życie człowieka. Nie można Go spotkać, nie można dotknąć więc nie istnieje.

Jak uczniowie przekonali się, że Jezus prawdziwie zmartwychwstał?

Najpierw pokazał im swoje ciało naznaczone śladami męki. Zachęcił ich aby się Go dotknęli i przekonali, że nie jest duchem.

Drugim dowodem na cielesność Jezusa jest to, że zjadł kawałek pieczonej ryby.

Trzecim etapem zdobywania przekonania o zmartwychwstaniu Mistrza jest zrozumienie Pism dotyczących Jego Osoby.

Dopiero gdy uczniowie przekonali się o prawdziwości zmartwychwstania Jezusa mogli przystąpić do wypełnienia wielkiego nakazu misyjnego, którego podstawą jest dawanie świadectwa, że Zbawiciel żyje!

Do dawania świadectwa trzeba dojrzeć. Potrzebny jest czas.

Uczniowie słyszeli opowiadanie niewiast, które zastały pusty grób. Wiedzieli, że Piotr widział Mistrza. Znali przygodę uczniów, którzy szli do Emaus. A jednak dopiero osobiste spotkanie sprawiło, że pozbyli się wątpliwości.

***

Etapy dojrzewania do dawania świadectwa, że Jezus żyje.

1) Doświadczenie miłosierdzia i przebaczenia – dzięki Męce Chrystusa. [Pełne zaangażowania i solidne przystępowanie do sakramentu pokuty].

2) Karmienie się Ciałem Chrystusa (symbol pieczonej ryby (złowionej i upieczonej, by stała się pożywieniem człowieka). [Moje spotkanie z Chrystusem w Eucharystii].

3) Lektura Pisma Świętego. [Czy jest rzeczywistym spotkaniem ze Słowem czy literą?]

Jezus żyje! Spotkałem Go!

środa, 3 kwietnia 2013

Serce w zimie (Łk 24, 13-35)

Zrezygnowani uczniowie wracali z Jerozolimy. Nie takiego obrotu spraw się spodziewali. Dla nich sprawa Jezusa z Nazaretu została już zamknięta.

A On żyje i przyłącza się do nas – pielgrzymów, byśmy uwierzyli. Chce otworzyć nam oczy na prawdę.

Czasem zapominamy, że Chrystus zmartwychwstał. Nie pamiętamy, że jest Zwycięzcą.
Pokonał zło i grzech. Trudno nam w to uwierzyć, ale to prawda. 

Mamy już wiosnę, choć przykrytą kołdrą świeżego puchu.
Wydaje się jakby zima wciąż panowała i miała się dobrze.
Jednak życie powoli, niezauważalnie budzi się,
Pokona chłód, nabierze kolorów, przebije się ku słońcu.

Serce...

poniedziałek, 18 lutego 2013

Tato (Mt 6, 9-13)

Ojcze nasz, który jesteś w niebie…
Tato, wiesz, jesteś w porządku. Ufam Ci. Rzadko to mówię, ale dumny jestem z tego, że mogę być Twoim synem.

Święć się Imię Twoje…
Tato, jesteś najlepszy, dlatego pragnę żeby Cię każdy poznał. Chcę, by moje postępowanie nie sprawiało Ci przykrości i było święte. Ty jesteś Święty. Chce być taki jak Ty!

Przyjdź królestwo Twoje…
Tato, Twoje zasady życia są sprawiedliwe i słuszne. Dają wolność. Dziękuję za nie. Pomóż mi uporządkować moje królestwo, którego nazwa bałagan i nieporządek.

Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi…
Tato, Twoje pomysły są najlepsze, a rozwiązania najskuteczniejsze.
Na początku nie zawsze się z nimi zgadzam, ale przekonuję się, że jesteś fachowcem i specjalistą od mojego serca i życia. Chcesz, żebym był pijarem – pomóż mi w tym.

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…
Tato, potrzebuję Cię. Moje ciało i dusza bez Ciebie umierają. Proszę o rzeczy, które są mi dzisiaj potrzebne bym dobrze przeżył dzień. Już teraz dziękuję za śniadanie, obiad i kolację. Jesteś jak mama. Jednak przede wszystkim proszę o Chleb Aniołów, który nasyca energią miłości.

I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…
Tato, niestety czasem wyrywam się i krzyczę: „Ja sam, ja sam!”. Ty wiesz jakie są tego skutki. Wybacz mi. Zastanawiam się tylko czy ja wybaczyłem.

I nie wódź nas na pokuszenie…
Tato, dzieją się w moim życiu trudne rzeczy. Problemy przybierają na sile. Czasem myślę sobie, że nie dam rady. Dodaj mi sił i wiary – proszę.

Ale nas zbaw od złego.
Tato, Zły mi mówi, że Ty nie jesteś dobry. Ciągle zaprasza mnie do siebie. Uwolnij mnie od tego natręta. Tylko z Tobą czuję się bezpiecznie.

***

Gdy tak rozmawiam z Bogiem Ojcem czuję się dziwnie. Czasem nawet ciarki po plecach przejdą. To znak, że jeszcze się boję, że jeszcze nie jestem w pełni dzieckiem. Dlatego rozpoczynam od nowa:

Ojcze nasz…


czwartek, 14 lutego 2013

Jak? (Łk 10, 1-9)

Po raz kolejny wracają do mnie myśli na temat współczesnych form głoszenia Ewangelii. Księża niejednokrotnie stają na głowie, by w atrakcyjny sposób przyciągnąć ludzi do Kościoła. Czasem się to udaje, np. akcje ewangelizacyjne ks. Stryczka, a czasem nie. Nie wiem, gdzie jest złoty środek. Jednak co raz mocniej dociera do mnie, że trzeba wyjść poza mury kościoła. Ale co dalej? 

Czy gdyby Kościół dosłownie zastosował wskazówki, których nam Jezus udziela w dzisiejszej Ewangelii, ewangelizacja stałaby się skuteczniejsza? Z pewnością nie chcę podważać słów Chrystusa, ale zastanawiam się nad ich aktualizacją do naszych czasów. 

Co i jak mówić? Przede mną dwie serie rekolekcji parafialnych, do których zaczynam się przygotowywać. Duchu Święty, przyjdź! 



środa, 13 lutego 2013

Narzędzia powrotu (Mt 6, 1-6. 16-18)

Rozpoczynamy dzisiaj czas Wielkiego Postu. To kolejna szansa by poprzez oczyszczające doświadczenie pustyni wrócić do Boga. 

Jezus daje konkretne narzędzia, które mają posłużyć nam do odbudowy swojego wnętrza. Są nimi: jałmużna, modlitwa i post. 

Jak je stosować, by były skuteczne? Niech dokonują się w tajemnicy przed innymi – nic na pokaz! Jeżeli wszyscy wokół muszą widzieć, że daję ubogim pieniądze; jeśli na każdym kroku podkreślam wobec tych, którzy mają dzisiaj kanapki w ręku, że poszczę, jeżeli podkreślam swój udział w dzisiejszej liturgii mimo iż nie ma takiego prawnego obowiązku – to jestem obłudnikiem, czyli aktorem grającym przed ludźmi kogoś, kim nie jestem. 

Jałmużna, modlitwa i post to sprawy intymne. Niech pozostaną pomiędzy nami a Bogiem. Te trzy uczynki to skuteczne lekarstwa na nasze choroby duszy, a nawet i ciała. 

Jałmużna. Każdy proszący o pieniądze czy czas jest moim bratem lub siostrą. Czy mogę odmówić, zbyć obojętnością? Mamy przecież jednego Ojca, który widzi naszą miłość. Czy jest ona na pokaz? [Uwaga. Dałem 1000 zł na budowę kościoła. Tabliczka z moim imieniem jest wmurowana w odpowiednim miejscu. Uwaga. Ja, raz w tygodniu pomagam chorej sąsiadce, bo rodzina o niej zapomniała. Trąbienie przed sobą…] 

Modlitwa. Nie jest łatwo schować się przed światem zamykając przed nim drzwi swojego serca, by choć przez chwilę pozostać sam na sam z Bogiem. Nie trzeba czytać modlitw z książeczki, odmawiać wielu różańców itd. Wystarczy być z Nim. Usiąść i porozmawiać. Dziękuję… Przepraszam… Proszę… 

Post. Chleb i woda. Trudne zadanie. Okazuje się, że często nie potrafimy odmówić sobie wielu rzeczy, choćby na jeden dzień. Nie umrzemy nie jedząc mięsa, nie korzystając internetu, czy gdy nie zapalimy papierosa. Uczucie prawdziwej sytości zapewni nam tylko pełnienie woli Bożej. 

Bóg widzi moje życie. Czy dostrzega w nim pragnienie nawrócenia?

sobota, 9 lutego 2013

By konto puste nie było (Mk 6, 30-34)

„Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali”. 

Warto pamiętać, że każda praca przynosi owoce wieczne pod jednym warunkiem, mianowicie, o ile jest ona zgodną z wolą Bożą. Jeśli nie wynika z posłuszeństwa, a więc jeśli pełnię swoją wolę, to przed Bogiem nie ma żadnej wartości.

Mówiąc obrazowo, moje niebieskie konto zasilane jest dobrymi uczynkami pochodzącymi tylko z posłuszeństwa.

I jeszcze jedna sprawa. Czy po skończonej pracy, wykonanym zadaniu, idę by to omówić z Boskim Zleceniodawcą? Warto już tutaj na ziemi dobrze się „rozliczyć” niż później cierpieć w czyśćcowym urzędzie skarbowym :)



piątek, 8 lutego 2013

Uczta trwa (Mk 6, 14-29)

Uczta świata trwa. Zły, przebrany w najmodniejsze ubrania, zrobi wszystko byś nie ominął jego pięknie przystrojonej komnaty. Jego tancerki nie przerywają uwodzicielskiego ruchu ciał. Tańczy „kłamstwo” przebrane w jaskrawe kolory. Jest tam „niewierność”, która swym zapachem działa na zmysły. Można podziwiać „władzę” o pięknym ciele. I wiele innych, które w kolorowym świetle zapraszają do tańca. 

Stoły uginają się od smakołyków. Nowoczesne i wyszukane dania, które sycą smakiem nowoczesności. Rzadkie potrawy, dostępne wybranym. Napoje dające choć chwilowe zapomnienie. 

Za wstęp nie trzeba płacić. Wszystko jest za darmo. Na początku przynajmniej. Jednak później przyjdzie rachunek. 

Tylko serce się rozdziera i łzy płyną strumieniami, gdy kolejne misy pełne krwi są przynoszone przed tron Pięknie Ubranego: 

- nienarodzonych dzieci 
- rozbitych rodzin 
- zdradzonych małżonków 
- oszukanych bezrobotnych 
- pracowników, którym nie zapłacono 
- prześladowanych za wierność 
- bitych za uczciwość; 
- opluwanych za prawdę 

Uczta trwa. Intensywne neony kuszą by wejść, choćby na chwilkę.

* To tylko szkic. Nie mam chwilowo czasu na pracę nad wygładzaniem tekstu - trwa sesja ;)

czwartek, 7 lutego 2013

„Praecepit eis” - „Nakazał im”

Bóg nigdy do niczego nie zmusza. W Jego Królestwie wszystko odbywa się na zasadzie: „jeśli chcesz”. To ważna sprawa.  Bowiem wielu chrześcijan, nie wspominając o poganach, uważa, że Bóg zmusza: „ muszę iść do kościoła”, „ muszę iść do spowiedzi” itd. Nie można zapomnieć, że Ewangelia jest darem miłości, na który można odpowiedzieć tylko w sposób wolny. Do wiary nie można zmuszać!

Miłość rządzi się swoimi prawami. Głoszenie Dobrej Nowiny także. Dlatego Jezus podaje apostołom konkretne wskazówki, których mają się trzymać. W sposób szczególny zwróciłem uwagę na dwie rzeczy. 

Po pierwsze, ciekawe jest to, że stosowanie się do owych wskazówek nie gwarantuje sukcesu apostolskiego. Chrystus wie, że będą miejsca gdzie ewangelizujący nie zostaną przyjęci. Ważne jest to, aby wszystko zrobili jak należy, zgodnie z otrzymaną instrukcją. Nie inaczej.

Po drugie, zauważyłem, że Jezus coś nakazał (sic!). Wcześniej wspomniałem, że u Boga wszystko dokonuje się w pełnej wolności, a tu masz: nakaz. On jest konsekwencją wolnego wyboru Bożej drogi. Podobnie jak konsekwencją miłości jest wierność, tak rezultatem bycia wybranym na apostoła jest przestrzeganie pewnych zasad, które są niezbędne w głoszeniu Ewangelii. 

Jakie to zasady? Nie wolno zabierać w drogę niczego oprócz laski i sandałów. Niczego więcej. 

Hm… Jak sięgnę pamięcią wstecz, przypominam sobie, że najbardziej zapadały mi w serce słowa autentycznych świadków Ewangelii. Nie filmy ewangelizacyjne, nie scenki ani pantomimy. Nie. Samo Żywe Słowo działa skutecznie, przeszywając serce swoim ostrzem.

wtorek, 5 lutego 2013

Zdziwiony Jezus (Mk 6, 1-6)

Czasem wydaje się nam, że gdybyśmy osobiście spotkali Jezusa, usłyszeli Jego słowa i widzieli cuda, jakich dokonywał, to nie mielibyśmy problemu z uwierzeniem w Niego. 

Wydaje się nam… 

Nazaretanie znali Jezusa od małego. Widzieli jak dorastał, uczył się, pracował. Nie mogą pojąć skąd u Niego taka nieprzeciętna mądrość, której nie mogą dorównać nawet najstarsi z miasta. 

Dziwią się, że ten ubogi Syn Maryi, którego ręce wykonywały najprostsze ciesielskie prace, dokonuje cudów: uzdrawia, wypędza złe duchy. Gdyby na przykład został zatrudniony przez kogoś ważnego z Jerozolimy, to wtedy można byłoby mówić o sukcesie, o wyróżnieniu. Ale ich rodak dokonuje cudów! Nie potrafią tego zrozumieć. Przyglądają się Maryi, której pokorne życie i wierność Bożej woli, w niczym Jej nie wyróżniało, a tym bardziej nic nie wskazywało, że Jej Syn jest kimś innym, niezwyczajnym. 

Widzą w synagodze najbliższą rodzinę Jezusa: kuzynów i kuzynki. To przecież ludzie jak i oni sami. Dlaczego więc Jezus miałby być Bogiem? Dlaczego mieliby w Niego uwierzyć?

Jezus poprzez chrzest wszedł w nasze życie. Możemy w pewnym sensie powiedzieć, że razem z Nim wychowaliśmy się – od dziecka wzrastaliśmy w chrześcijańskiej kulturze. A jednak pojawiają się myśli i czyny, które pokazują, że nie wierzymy w Boską mądrość Zbawiciela. Słyszeliśmy o cudach, których dokonał, ale szukamy ich naturalnych wytłumaczeń lub dziwimy się, że dzisiaj cudów już nie ma. Boskość Pana jakby z czasem naszego dorastania zbladła. 

Gdy patrzymy na rodzinę, sąsiadów, mieszkańców naszych wsi i miast trudno jest nam dostrzec rodzinę i bliskich Jezusa. Są tacy zwyczajni jak my. 


Czy rozpoznaję mojego Jezusa w swoim sercu (ojczyźnie)? 
Czy dostrzegam go w moim domu, wśród tych osób, które go tworzą? 

Jest lekceważony. Wystarczy przeczytać główne strony portali informacyjnych, by ze smutkiem stwierdzić: 

- Wyrzuciliśmy Boga z naszego życia. 
- Nie wierzymy w Jego mądrość. 
- Życie Jego bliskich nie pobudza do wiary. 

Nie dziwmy się. Cudów nie będzie.

Brak wiary rodaków zadecydował o tym, że Jezus opuścił Nazaret. Zrobił wszystko, żeby uwierzyli. 
Pozostała nadzieja. Jezus wprawdzie odszedł ale została Maryja, "Ta, która uwierzyła".

Maryjo, niech zwyczajność dnia codziennego (nazaretańskiego) nie będzie mi przeszkodą w wierze. Każdy cud, każdy dar i łaska przechodzą przez Twoje ręce - także wiary,więc  proszę o wiarę, w Tego, Którego kochasz.

Noli timere; tantummodo crede! - Nie bój się, wierz tylko! (Mk 5, 21-43)

„zebrał się wielki tłum wokół Niego” 
„wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał”
„weszła z tyłu między tłum i dotknęła się Jego płaszcza”
„Widzisz, że tłum zewsząd ściska, a Ty pytasz: Kto Mnie dotknął”
„Widząc zamieszanie, płaczących i głośno zawodzących…”
„I wyśmiewali Go”

„Lecz On odsunął wszystkich, wziął ze sobą tylko …” 



Nasze życie to codzienność, która nieustannie „tłoczy się” na nas i „ściska” swymi sprawami.
Każdy dzień obfituje w „napierające” i ważne sprawy niecierpiące zwłoki.
Nieustanny hałas, krzyki świata, głośmy śmiech próżności, płacz rozpaczy.

Tłum tłumi, depcze naszą wrażliwość serca, która rozwija się w ciszy.

Mieć odwagę wyrwać się by dotknąć, choćby płaszcza, choćby jednej nitki.
Niech się śmieją, że wierzę w uczciwość, pomoc, sprawiedliwość, bezinteresowność.

Wierzę…

Panie, usuń tylko strach.


poniedziałek, 4 lutego 2013

Zło prowadzi do grobu (Mk 5, 1-20)

Celem naszego życia jest „przybić do drugiego brzegu” (nieba) przepłynąwszy morze pełne niebezpieczeństw (życie na ziemi). Stąd najlepszym środkiem transportu jest łódź Kościoła, którego Sternikiem jest Chrystus. 

Musimy pamiętać, że ilekroć samowolnie opuszczamy tę Bożą Arkę, wystawiamy się na śmiertelne niebezpieczeństwo, którym jest spotkanie ze złem „wybiegającym z grobów świata”. 

Zło zostało ostatecznie pokonane na krzyżu. Jednak w konwulsjach agonii chce jak najwięcej dusz zarazić swoim śmiercionośnym wirusem. Wiedząc, że jego dni są policzone, z ogromną siłą nęci do swoich pięknie przyozdobionych grobów: władzy, pieniądza, wszelkiej pożądliwości itd. 

Jeśli damy się oszukać reklamie pozornego szczęścia, a więc złu, ono zaczyna nas obezwładniać. Z serca, które powinno należeć Boga, czyni dla siebie mieszkanie, z którego tak łatwo już się nie wyprowadzi. 

Niezwalczona w zarodku pokusa rośnie w siłę. Zło staje się coraz bardziej potężne. Sieje wokół przemoc i nienawiść. Nie da się go poskromić. Przeraża swoim krzykiem i wyglądem. Jest przeraźliwie samotne. Wszyscy się go boją i uciekają. W szaleństwie zadaje ból kalecząc samego siebie. Wszystko niszczy i burzy. Nie chce mieć nic wspólnego z dobrem jak i samym Dobrym. 

To obraz człowieka, który zaprosił do siebie Złego - całą jego pełnię: Legion.

***

Panie, proszę o siłę do walki z pokusami. 
Ustrzeż mnie przed śmiercią w grobie wiecznym. 
Daj siłę bym potrafił rezygnować ze wszystkiego, byle tylko cieszyć się zdrowiem łaski życia z Tobą.


niedziela, 3 lutego 2013

Wyrzucony (Łk 4, 21-30)

Przez lata biernie „przytakujemy” Chrystusowi.
Chodzimy do kościoła, modlimy się, przyjmujemy księdza po kolędzie.
Święcie przekonani, że jesteśmy wierzącymi.

Ale jakoś cudów nie widać, nic się nie zmienia.
Zaczynają przyjeżdżać do nas misjonarze z dalekich krajów, gromadząc tłumy.
Nasi święci jakby w cieniu tych „lepszych” z zza granicy.

Obecne pokolenie pełne jest gniewu na Chrystusowy Kościół.
Nie ma dnia by Dobra Nowina „nie postawiła na nogi” antykatolickie kręgi –
in vitro, eutanazja, aborcja, związki homoseksualne itd.
(Nie)wierni zrywają się i wyrzucają Boga z przestrzeni życia społecznego.
Powoli, małymi krokami wyprowadzają Zbawiciela by Go uciszyć.

Panie, przymnóż nam wiary…

sobota, 2 lutego 2013

Ofiarować siebie - wybrać szczęście (Łk 2, 22-40)

Refleksja nad dzisiejszą Ewangelią skłania do postawienia sobie pytania: Czy ofiaruję siebie oraz wszystko co robię i posiadam Bogu? 

To On obdarzył mnie życiem, któremu nadał cel i sens. W ten sposób należę do Niego. Jednak tę przynależność muszę sam potwierdzić, o ile chcę być szczęśliwy. Z tego powodu wyruszam w drogę, która jest powrotem w dłonie, które mnie ulepiły. Pielgrzymuję by rozpoznać "oddech życia" tchnięty we mnie abym żył.

Panie, dziękuję za dar życia. Proszę, bym kiedyś mógł za Symeonem powiedzieć: "Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twojemu w pokoju".

Duchu Święty, bądź ze mną.
Duchu Święty, mów do mnie.
Duchu Święty, prowadź mnie.

piątek, 1 lutego 2013

Będą żniwa

     Stwórca dał nam serce, które, niczym łono matki, ma przyjąć ziarno Słowa. Od nas zależy czy stanie się ono żyzną glebą, w której ziarno będzie miało odpowiednie warunki by się rozwijać. 

     Każda istota żywa, w drodze rozwoju, przechodzi kolejne etapy. Od malutkiego ziarna (komórki) po dojrzałą postać, będącą w stanie owocować i dalej przekazywać życie. 

     Proces wzrastania trwa. Potrzebna jest odpowiednia ilość czasu oraz cierpliwość. Nie jest możliwe by w sztuczny sposób przyśpieszyć rozwój, np. ciągnąc młodą roślinkę ku górze, ponieważ wyrwiemy ją z korzeniami i uschnie. 

     W dojrzewaniu wiary jest podobnie. Każdy ma inną drogę, swój czas wzrastania. O wszystkim decyduje Pan Życia. 

    Warto pamiętać o czasie żniw. Jaki plon wyda moje życie? 

    Panie, proszę Cię by moje życie nie stało się bezowocne (bezpłodne).

czwartek, 31 stycznia 2013

Światłość krzyża (Mk 4, 21-25)

Lampa postawiona na podwyższonym miejscu rozprasza ciemności nocy.

Chrystus, który jest światłością świata promieniuje z wysokości krzyża, by w ten sposób rozproszyć ciemności w naszych sercach.

Krzyż jest świecznikiem Jezusa. Z niego promieniuje.

Czy ja idę w ślady Mistrza?
Świeca nie musi się martwić o to, czy świeci: spala się, a przez to daje światło.

środa, 30 stycznia 2013

Badanie serca

Moje serce...

1. Jak droga zakurzona przez grzechy powszednie, które czynią serce coraz twardszym, wydeptanym, gdzie hałaśliwe ptaki pokus wydziobują każde dobre pragnienie.

2. Jak kamienisty grunt nieprzychylny życiu łaski, z cienką warstwą dobrej woli, gdzie palące słońce światowych pożądań spala słomę zapału nawrócenia.

3. Jak ziemia ciernista, która kolcami rani ziarno życia zabijając każde dobro, zagłusza każde wezwanie do miłości.

4. Jak ziemia urodzajna przyjmująca ziarno Życia, które obumierając, przynosi obfity plon życia w łasce.

Słuchaj! Ziarno wzrasta w ciszy…

wtorek, 29 stycznia 2013

“ Quae est mater mea et fratres mei? ” (Mk 3, 31-35)

Do Jezusa przychodzi najbliższa rodzina. Nie wchodzą do domu ale zatrzymują się na zewnątrz i chcą aby to Jezus przyszedł do nich.

Najbliżsi stoją na zewnątrz – nie siedzą w domu wokół Jezusa zasłuchani w Jego słowa jak inni ludzie. Co ich powstrzymuje przed wejściem do środka?

Uważam siebie za należącego do Jezusowej rodziny (chrzest). Jednak czasem zachowuję się i postępuję tak jakbym sam był głową tej rodziny. W imię Jezusa chciałbym dyktować bliźnim i Jemu samemu co mają robić i jak żyć. W ten sposób tylko przeszkadzam w Bożych planach. Odciągam Boga i innych od czynów wynikających z posłuszeństwa. To szatańska pokusa!

Podejmując decyzje w ogóle nie pytając o zdanie Nauczyciela. Tymczasem wolność i radość wypływają z posłuszeństwa Słowu.

Co zrobić?

Najpierw przyjść do domu (Kościół), wejść do wewnątrz (siebie), następnie otworzyć swoje zmysły na Osobę Nauczyciela (Pismo Święte). To co usłyszymy od razu wprowadzić w czyn.